kilka dni później
Dziś wracając z pracy prawie zemdlałam. Ogólnie od tamtego zajścia przed apteką, gdy myślałam że to, że zrobiło mi się słabo, było spowodowane stresem, nie najlepiej z moim zdrowiem. Ostatnio nie najlepiej się czuję. Mam mdłości, prawie cały czas mam gorączkę, jest mi zimno a wczoraj nawet zemdlałam. Nie mówiłam nic Harry'emu. On pewnie zaraz kazałby mi iść do lekarza, robiłby z tego nie wiadomo co. A pewnie to zwykła grypa. Poleżę kilka dni w łóżku i wszystko wróci do normy. Właśnie przygotowywałam dla nas obiad. Doprawiłam jeszcze ostatni raz danie po czym chwyciłam talerze. W pewnym momencie zakręciło mi się mocno w głowie, nagle poczułam jak moje nogi stają się jak z waty. Tak jakbym właśnie stąpała po cienkim lodzie który miałby zaraz runąć a dla mnie nie było by już żadnego ratunku.
HARRY
Przeglądałem twitter'a gdy usłyszałem huk tłuczonych naczyń. Od razu pobiegłem do kuchni. To co zastałem przestraszyło mnie totalnie. Nie zważając na nic chwyciłem telefon i zadzwoniłem po pogotowie. Chwilę później klęczałem już przy Rose, próbując ją obudzić. Mówiłem jej żeby szła do tego cholernego lekarza. Nie daruję sobie jeżeli coś jej się stanie.
- Rose, kochanie obudź się!
Ona, była całkiem blada. Jej usta zrobiły się sine a ja nie wytrzymałem tego wszystkiego i nie mogłem już czekać na karetkę. Szybko wziąłem ją na ręce wybiegając jak szalony na dwór. Lało jak z cebra. Od razu ruszyłem do auta. Guzikiem na kluczyku otworzyłem samochód a Rose położyłem na tylnym siedzeniu. W tym pośpiechu zapomniałem zamknąć domu, ale nie to teraz się liczyło. Moja dziewczyna może umrzeć! Co ja gadam! Jak mogę w ogóle tak myśleć. Od razu wpakowałem się na miejsce kierowcy i jak najszybciej ruszyłem do najbliższego szpitala.
w szpitalu
Biegłem z Rose na rękach nie zwracając na ludzi chodzących po korytarzu.
- Pomocy! Niech mi ktoś pomoże! - krzyczałem jak opętany.
Szybko obok mnie pojawił się lekarz z jakąś pielęgniarką.
- Co się dzieje? Dlaczego Pan tak krzyczy? - mówił to z takim spokojem i powagą że miałem ochotę zajebać mu w twarz.
- Pan się pyta co się dzieje!? Niech Pan na nią spojrzy do cholery! Ratujcie ją kurwa!
- Spokojnie, bo wyprowadzimy Pana ze szpitala. Sasha, wózek i zabieramy ją na izbę. Proszę jej podać kroplówkę, tlen i zlecił szereg wszystkich potrzebnych badań, na cito, a teraz musimy ją reanimować, nie ma czasu.
- Oczywiście.
- A Pan kim jest?
- Jej... mężem.
- Okay, a więc może pan tu być i dostawać wszelkie informacje. Proszę tu sobie usiąść i poczekać.
- Jak mam czekać! Skoro wy jej nie ratujecie!
- Ratujemy! Przepraszam ale nie mam czasu muszę ratować jej życie! Niech Pan tu zostanie, tam pan nie może wejść.
Nie zdążyłem nic powiedzieć a ten koleś zniknął gdzieś w głębi korytarza.
Postanowiłem powiadomić jej mamę, siostrę, Vicky, no i muszę też zadzwonić do chłopaków.
Wyciągnąłem telefon z kieszeni spodni po czym wybrałem numer do Pani Emily.
jeden sygnał
drugi sygnał
trzeci sygnał
Za czwartym na szczęście odebrała.
- Tak?
- HALO, Pani Moon, tutaj Harry.
- Coś się stało?
- Nie. Znaczy tak. Rose jest w szpitalu, zemdlała... nie wiem co się dzieje, mówiłem jej żeby szła do lekarza, ale ona nie słuchała..
- Słucham?! Harry, spokojnie. Zaraz tam będę.
- Dziękuje.
- Pamiętaj to nie twoja wina. Ja już jadę!
Rozłączyłem się i po prostu nie wytrzymałem. Kilka łez popłynęło po moim gorącym od nerwów policzku. To wszystko przeze mnie. Mogłem ją przekonać, a dałem sobie spokój. Kurwa mać! Jak jej się coś stanie to sobie tego nie daruję. Wybrałem numer do Vicky.
- Vic! Nie pytaj dlaczego! Po prostu przyjedź do szpitala Rose zemdlała, nie wiem jak to się stało szybko!
- Co!? To niemożliwe! Zaraz tam będę.
Chwilę później wykonałem jeszcze ostatni telefon do chłopaków.
- Halo Liam?
- Tak? Harry co jest? Masz jakiś dziwny głos.
- Przyjedźcie do szpitala, Rose... po prostu przyjedźcie!
- Już jedziemy! Stary trzy...
Nie dałem mu dokończyć. Szybko się rozłączyłem gdyż ujrzałem lekarza który przyjmował moją drugą połówkę.
- Panie doktorze, co się dzieje!?
- Jeszcze nie wiemy. Na razie nie reaguje na nic. Oddycha, to oznacza że żyje. Musimy dokonać wszystkich badań. Jej organizm jej okropnie wykończony. Prawdopodobnie będziemy musieli zastosować śpiączkę farmakologiczną żeby jej organizm doszedł do siebie, ale zobaczymy co się dzieje. Dopiero później będę mógł podejmować takie decyzje.
- Co!? Jaką śpiączkę!? Nie, to nie może być prawda! Zróbcie coś!
- Robimy wszystko co w naszej mocy. Proszę się nie denerwować.
- To zróbcie więcej!
- Spokojnie! To jest szpital a nie bar! Tu są chorzy ludzie.
- Gdzie ona jest! Chcę ją zobaczyć!
- Nie może Pan.
- Muszę!
- Dobrze, ale na chwilę. Sala 202.
- Dziękuje.
Szybko ruszyłem w poszukiwaniu odpowiedniej sali. Gdy ją znalazłem ujrzałem przez szybę jej bezbronną twarz, nie mogła nic zrobić. Spała. W moich oczach zakręciły się łzy. Wszedłem do środka. Podszedłem do łóżka i chwyciłem jej dłoń. Pocałowałem ją w kostki.
- Kochanie. Nie rób mi tego. Proszę obudź się.
W pewnym momencie lekko ścisnęła moją dłoń i zaczęła cichutko kaszleć. Nagle jej oczy zaczęły się powoli otwierać.
- Panie Doktorze!
- Nie... proszę... cicho... nic nie mów. Pocałuj mnie.
- Ale.
- Pocałuj...
Zbliżyłem się do niej i musnąłem jej usta.
- Kocham Cię.
Coś zaczęło pipczeć a ona dostała drgawek.
- Pomocy! Halo! Ludzie! Pomocy!
Do sali wbiegło kilka pielęgniarek i lekarz prowadzący.
- Proszę się odsunąć!
- Nie!
- Już! Niech Pan najlepiej wyjdzie.
- Nie mogę.
- Musi Pan.
Uderzyłem mocno w ścianę i wyszedłem. Patrzyłem przez szybę co oni wyprawiają. Reanimują ją. Dostaje jakimś prądem. Ja nie mogę na to patrzeć.
- Zostawcie ją! Nie róbcie tak! Ona jest delikatna!
- To jest konieczne! Niech Pan stąd wyjdzie tu chodzi o jej życie. Ten prąd nie zrobi jej krzywdy.
Ponownie wyszedłem z sali tym razem na krzesłach siedzieli już zmartwieni chłopacy oraz mama Rose, Lilly i Vicky.
- Jak dobrze że jesteście.
- Co się dzieje co z Rose? - zabrała głos jej mama.
- Zobaczcie sami.
Pokazałem na okienko przez które wszystko było widać po czym bezsilny runąłem na ziemie.
- To moja wina.
- Harry co Ty mówisz?
- Tak Niall, ona czuła się źle już od jakiegoś czasu, mówiłem jej żeby szła do lekarza, ale ona nie chciała. Zamiast jej jakoś przemówić do rozsądku żeby poszła, odpuściłem sobie. Gdybym coś zrobił teraz nie robili jej tego, co robią. - mówiłem przez łzy.
- Nie możesz się obwiniać. To nie Ty jesteś temu winny. Gdybyś wiedział co może się stać postąpiłbyś inaczej. Rose jest uparta i jeżeli coś postanowi to nic, zupełnie nic nie jest w stanie wybić jej tego z głowy. Ona jest silna, da sobie rade. Przecież nic złego nie może się stać tak nagle.
- Dziękuję Pani Moon.
- Proszę, mów mi po imieniu. Czuję się bardzo stara gdy mówisz mi na ' Pani '.
Wymusiłem lekki uśmiech po czym spuściłem głowę w dół.
2 tygodnie później
Rose, żyje. Udało im się ją przywrócić do żywych, ale wciąż nie wiadomo co z nią jest. Tak, nie zmrużyłem oka przez prawie tydzień i owszem nie ruszyłem się ze szpitala ani na chwilę. Cały czas czuwam przy jej łóżku. Musieli na jakiś czas wprowadzić ją w śpiączkę ponieważ jej organizm nie był w najlepszym stanie. Właśnie do sali weszła mama Rose, Lilly i Vicky.
- Harry, słońce, idź do domu, odpocznij. Z Rose jest coraz lepiej. Wyjdzie z tego a Ty musisz spać, jeść, pić, normalnie funkcjonować. Ona, nie chciałaby żebyś z tego powodu, odciął się od życia.
- Nie, muszę tu być. A jak się wybudzi.
- To od razu do Ciebie zadzwonię.
- Eh, okay, ale wieczorem tu wrócę.
- Dobrze, a teraz wróć do siebie.
- Do widzenia Pani Moon, cześć Lilly, pa Vicky.
- Do widzenia.
- Pa. - odpowiedziała Lill.
- Trzymaj się Harry. (Vicky)
pod domem Rose i Harry'ego
Byłem już na miejscu. Przed szpitalem było pełno ludzi, paparazzi, reporterów. Wszyscy zadawali jedno pytanie : Co się dzieje z Rose? Dlaczego? Czy da się ją uratować? I najgorsze jakie usłyszałem od jednej małej dziewczynki : Czy Rose umrze? Gdy je usłyszałem, straciłem grunt pod nogami. Nagle, poczułem że moje życie nie mogłoby istnieć bez niej. Ona jest dla mnie wszystkim. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby nie było jej ze mną. Skończył bym z sobą. Ona i ja to jedno. Chcę z nią być całe życie. Nie mogę pozwolić na to żeby zostawiła mnie samego. Nie mogę być tutaj sam w domu i nie chce. Wezmę tylko prysznic, naleje kawy do termosu i wracam do niej. Ruszyłem w stronę łazienki. Zdjąłem z siebie ubrania i wszedłem do kabiny. Odkręciłem korek z chłodną wodą, muszę się jakoś obudzić. Wiem że nie spałem, ale nie chcę wyglądać jak zombie. Krople wody relaksowały mnie. W pewnym momencie przed oczami przeleciały mi wszystkie najpiękniejsze chwile z Rose. Od dnia w którym zaczęliśmy być razem po dzień kiedy wszystko było jeszcze w normie. Przed dniem w którym trafiła do szpitala. Po tych dobrych chwilach ni stąd ni zowąd, zobaczyłem świat, bez niej. Siebie, i pustkę, którą wcześniej wypełniała Ona, a tam byłem tylko ja, bez życia, bo bez niej. Wyskoczyłem jak poparzony z pod prysznica. Szybko wdziałem na siebie ciuchy i zszedłem na dół. Usłyszałem dźwięk dzwonka telefonu. Nasza ulubiona piosenka. Moja i Rose.
Zdjąłem telefon z blatu i przyłożyłem do ucha.
- Halo?
- Halo Harry? Przyjeżdżaj do szpitala! Rose się obudziła, ale... - w tym momencie Vicky zaczęła płakać.
- Halo co się dzieje. Nie, nie tłumacz już tam jadę.
Wybiegłem na dwór wsiadając do auta. Droga była dość pusta więc prułem niesamowicie. Modliłem się aby na jakimś zakręcie nie stała drogówka. Na moje szczęście nie było ich. Wbiegłem do szpitala. Po drodze napotkałem ponownie na wielu ludzi. Pytali się dlaczego tak się śpieszę. Chyba tak mówili. Nie wiem do końca bo zbytnio nie słuchałem ich. Interesowała mnie teraz TYLKO Rose i to co z nią się teraz dzieje. Gdy stałem już na korytarzu prowadzącym do sali mojej dziewczyny, ujrzałem zapłakane Vic, Lilly oraz Pani Moon... ahh Emily, miałem mówić po imieniu, z resztą nie jest to teraz istotne. Podbiegłem do nich i sam zacząłem płakać.
- Co... co się dzieje.
- Ona musi to powiedzieć... Moje dziecko. - Emily, zaczęła szlochać.
- Idź do niej.
Wszedłem do sali. Leżała, wyglądała tak jak wcześniej tylko że teraz patrzyła się w jeden punkt. Na sufit. Nie ruszała rękoma, jedynie mrugała i to rzadko.
- Rose... kochanie. - podbiegłem do niej i ucałowałem w policzek.
- Słońce, co się dzieje.
- Harry... - po jej policzku zaczęły spływać pojedyncze łzy, które po chwili spływały kaskadami.
- Nie ważne co się ze mną stanie... pamiętaj, kocham Cię i zawsze będę Cię kochała, nie ważne czy będę tutaj czy...
- Rose, co? o czym Ty mówisz.. - rozpłakałem się jak głupi.
- Mam... mam raka.
OD AUTORKI :
Plany się zmieniły, to co napisałam dziś, miało się pojawić w dziesiątym rozdziale, ale że opowiadanie było oschłe, musiałam coś zrobić i pozwoliłam sobie na to w szóstej odsłonie. Teraz pisanie będzie szło mi łatwiej, ponieważ mam teraz sporo pomysłów co robić dalej. Mam nadzieję że rozdział się spodobał, buuziaki! :*
- Harry, słońce, idź do domu, odpocznij. Z Rose jest coraz lepiej. Wyjdzie z tego a Ty musisz spać, jeść, pić, normalnie funkcjonować. Ona, nie chciałaby żebyś z tego powodu, odciął się od życia.
- Nie, muszę tu być. A jak się wybudzi.
- To od razu do Ciebie zadzwonię.
- Eh, okay, ale wieczorem tu wrócę.
- Dobrze, a teraz wróć do siebie.
- Do widzenia Pani Moon, cześć Lilly, pa Vicky.
- Do widzenia.
- Pa. - odpowiedziała Lill.
- Trzymaj się Harry. (Vicky)
pod domem Rose i Harry'ego
Byłem już na miejscu. Przed szpitalem było pełno ludzi, paparazzi, reporterów. Wszyscy zadawali jedno pytanie : Co się dzieje z Rose? Dlaczego? Czy da się ją uratować? I najgorsze jakie usłyszałem od jednej małej dziewczynki : Czy Rose umrze? Gdy je usłyszałem, straciłem grunt pod nogami. Nagle, poczułem że moje życie nie mogłoby istnieć bez niej. Ona jest dla mnie wszystkim. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby nie było jej ze mną. Skończył bym z sobą. Ona i ja to jedno. Chcę z nią być całe życie. Nie mogę pozwolić na to żeby zostawiła mnie samego. Nie mogę być tutaj sam w domu i nie chce. Wezmę tylko prysznic, naleje kawy do termosu i wracam do niej. Ruszyłem w stronę łazienki. Zdjąłem z siebie ubrania i wszedłem do kabiny. Odkręciłem korek z chłodną wodą, muszę się jakoś obudzić. Wiem że nie spałem, ale nie chcę wyglądać jak zombie. Krople wody relaksowały mnie. W pewnym momencie przed oczami przeleciały mi wszystkie najpiękniejsze chwile z Rose. Od dnia w którym zaczęliśmy być razem po dzień kiedy wszystko było jeszcze w normie. Przed dniem w którym trafiła do szpitala. Po tych dobrych chwilach ni stąd ni zowąd, zobaczyłem świat, bez niej. Siebie, i pustkę, którą wcześniej wypełniała Ona, a tam byłem tylko ja, bez życia, bo bez niej. Wyskoczyłem jak poparzony z pod prysznica. Szybko wdziałem na siebie ciuchy i zszedłem na dół. Usłyszałem dźwięk dzwonka telefonu. Nasza ulubiona piosenka. Moja i Rose.
Zdjąłem telefon z blatu i przyłożyłem do ucha.
- Halo?
- Halo Harry? Przyjeżdżaj do szpitala! Rose się obudziła, ale... - w tym momencie Vicky zaczęła płakać.
- Halo co się dzieje. Nie, nie tłumacz już tam jadę.
Wybiegłem na dwór wsiadając do auta. Droga była dość pusta więc prułem niesamowicie. Modliłem się aby na jakimś zakręcie nie stała drogówka. Na moje szczęście nie było ich. Wbiegłem do szpitala. Po drodze napotkałem ponownie na wielu ludzi. Pytali się dlaczego tak się śpieszę. Chyba tak mówili. Nie wiem do końca bo zbytnio nie słuchałem ich. Interesowała mnie teraz TYLKO Rose i to co z nią się teraz dzieje. Gdy stałem już na korytarzu prowadzącym do sali mojej dziewczyny, ujrzałem zapłakane Vic, Lilly oraz Pani Moon... ahh Emily, miałem mówić po imieniu, z resztą nie jest to teraz istotne. Podbiegłem do nich i sam zacząłem płakać.
- Co... co się dzieje.
- Ona musi to powiedzieć... Moje dziecko. - Emily, zaczęła szlochać.
- Idź do niej.
Wszedłem do sali. Leżała, wyglądała tak jak wcześniej tylko że teraz patrzyła się w jeden punkt. Na sufit. Nie ruszała rękoma, jedynie mrugała i to rzadko.
- Rose... kochanie. - podbiegłem do niej i ucałowałem w policzek.
- Słońce, co się dzieje.
- Harry... - po jej policzku zaczęły spływać pojedyncze łzy, które po chwili spływały kaskadami.
- Nie ważne co się ze mną stanie... pamiętaj, kocham Cię i zawsze będę Cię kochała, nie ważne czy będę tutaj czy...
- Rose, co? o czym Ty mówisz.. - rozpłakałem się jak głupi.
- Mam... mam raka.
OD AUTORKI :
Plany się zmieniły, to co napisałam dziś, miało się pojawić w dziesiątym rozdziale, ale że opowiadanie było oschłe, musiałam coś zrobić i pozwoliłam sobie na to w szóstej odsłonie. Teraz pisanie będzie szło mi łatwiej, ponieważ mam teraz sporo pomysłów co robić dalej. Mam nadzieję że rozdział się spodobał, buuziaki! :*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz